Kolekcja perfum prawnika

czwartek, 26 lutego 2015    0    Perfumy

Kolekcja perfum prawnika

Jak pachnie prawnik? Poznajcie Nebelwerfera i jego kolekcję perfum.

Nebelwerfer to osoba nietuzinkowa. Specyficzne poczucie humoru, dystans do siebie, złośliwość, spostrzegawczość i inteligencja – to cechy, które bardzo w nim lubię. W poniższym tekście odnajdziecie je wszystkie.


Jestem prawnikiem, a więc z definicji nie mam:

  • sumienia,
  • serca,
  • obycia,
  • gustu,
  • zainteresowań (no, może mam jedno, a przynajmniej pół).

Zawód prawnik

Prawnicy to szczególna grupa zawodowa, często obracająca się i klonująca wyłącznie we własnym gronie. Z definicji nudziarze i - bardzo często - alkoholicy. A przynajmniej nie wylewający za kołnierz. Dwóch prawników dyskutujących o przewadze przewłaszczenia na zabezpieczenie nad rzeczowymi sposobami zabezpieczenia spłaty wierzytelności, nie zwróci uwagi na fantastyczne atrybuty przechodzącej obok kobiety, choć zrobiłoby to 90% innych mężczyzn (pozostałych 10% to niewidomi lub właśnie zbierający rozsypane drobne monety z podłogi). Brak zachwytu może mieć oczywiście swoje uzasadnienie, gdyż jak wiadomo, są pewne części damskiego ciała, które bez wspomagania ponoszą klęskę z bezwzględną siłą grawitacji, w przeciwieństwie do niektórych zabezpieczeń wierzytelności, które mogą być skuteczne bardzo długo. Ale powiedzmy sobie szczerze: pewna część męskiego ciała bez wspomagania czasami nawet nie podejmuje próby walki z siłą grawitacji. Samo życie.

Natomiast kwestia alkoholu jest dla mnie zagadką. Trudno wyjaśnić to np. stresem, bo niby dlaczego prawnik ma stresować się bardziej niż operator ruchu lotniczego na wieży lotniska? Może jest to związane z faktem, że butelka dobrego alkoholu jest czasami dodatkowym podziękowaniem za pomyślnie zakończoną sprawę? Nie wiem.

Z kolei kobiety wykonujące zawód prawnika to często zakompleksione istoty, dbające o to „by ród nie zginął”, a jednocześnie sygnalizujące, że udało im się złapać męża. Trudno mi inaczej wytłumaczyć plagę podwójnych nazwisk wśród zamężnych prawniczek.

Ponieważ zawód prawnika wykonuję od zarania dziejów (pracę zawodową zacząłem jeszcze na studiach), studiowałem na publicznej uczelni, w dodatku na studiach dziennych, więc nie miałem szansy poznać „nieprawniczego” życia. Ale w tej kwestii zapewne zupełnie nie wyróżniam się na tle innych prawników. Może poza klonowaniem, gdyż nie mam dzieci.

Zresztą prawnicy to taka grupa zawodowa, która zazwyczaj styka się z „ciemną stroną” życia. Podobnie jest np. z przedsiębiorcami pogrzebowymi. Kultura prawna u nas prawie nie istnieje i do prawnika zazwyczaj przychodzi się „po”, a więc kiedy wydarzyło się już coś niedobrego. Brak jest świadomości, że lepiej i – paradoksalnie – taniej, jest odwiedzić prawnika np. przed podpisaniem umowy, niż przeżyć szok, kiedy podpisaliśmy jakąś beznadziejną umowę i pozostaje tylko biblijny „płacz i zgrzytanie zębów” lub metoda – jak pisał Kafka – „na przewleczenie”. Poza tym są takie działy prawa, w których z definicji musimy stykać się wyłącznie z nieszczęściami, np. w przypadku spraw o odszkodowania z tytułu błędów medycznych. Co pewnie w jakiejś części tłumaczy brak serca i sumienia. Bez wyłączenia tych dwóch czynników trudno byłoby racjonalnie prowadzić sprawę o odszkodowanie z tytułu wypadku komunikacyjnego, w którym zginęły dwie osoby, a dwie inne zostały kalekami.

Czyli prawnik często jest robaczkiem, żerującym na chorych tkankach społeczeństwa – co może jest jakimś wyjaśnieniem alkoholowych skłonności.

Jak pachnie prawnik?

Ale może ciekawszym (co w przypadku prawnika brzmi jak żart) tematem będą jednak perfumy.

I tu powiedzmy sobie szczerze: nie jestem perfumoholikiem. Nawet nie próbowałem podejść do opublikowanego na tym blogu testu na „perfumoholiczność”, gdyż wiem, że wynik testu byłby negatywny. Nie znam się na nutach zapachowych (na muzycznych także nie). Nie traktuję perfum ani jako fetyszy, ani jako obiektów kolekcjonerskich, ani jako sposobu na zwrócenie na siebie uwagi. Po prostu perfumy są takim samym elementem życia jak ubrania, czy pasta do zębów. Oczywiście mogą się zdarzyć fanatyczni kolekcjonerzy perfum (lub – co zapewne bardziej rzadkie - pasty do zębów), ale ja do nich nie należę. Z drugiej strony mogą się również zdarzyć fanatyczni przeciwnicy ubrań, do których od czasu do czasu i na krótko sam należę, ale na stałe bez ubrań chyba się nie da żyć, a przynajmniej nie w tym klimacie.

Przy czym nie wierzę, aby dzięki zapachowi udało się nawiązać jakąś znajomość, kiedy osoba płci przeciwnej zauroczona zapachem zaczyna ze mną rozmowę. Może używam nie tych zapachów, co trzeba, ale jedynymi perfumami, jakich użyłem, a na które ktoś zwrócił uwagę (w dodatku w większości mężczyźni, niestety) to: Guerlain Héritage, Panama 1924 Milléssimé i Amouage Interlude Man. Choć może to być spowodowane tym, że zapach traktowany jest u nas jako rzecz na tyle intymna, że nie wypada o nim mówić, nawet jeżeli się nam podoba.

Dlatego w odniesieniu do perfum, które mam, nie użyję słowa: „kolekcja”. To nie jest kolekcja, tylko perfumy, których używam, zamierzam używać lub które dostałem i chętnie bym się pozbył.

Perfumy są jak ludzie: podobają się lub nie podobają, pozostawiają obojętnymi tak, że nawet nie pamiętamy ich nazw, czasami po pierwszym znakomitym wrażeniu przychodzi rozczarowanie, lub na odwrót: nieciekawy zapach po jakimś czasie okazuje się „strzałem w dziesiątkę”.

Co do zasady staram się nie kupować perfum w dużych pojemnościach (poza ulubionymi zapachami), gdyż zapachy często mi się nudzą i potem pozostaje dylemat: zużyć, czy wyrzucić, bo oddać nie wypada. Perfumy często zmieniam w zależności od nastroju (takie babskie zmienności), pory roku lub zwykłego widzimisię. Dlatego nie mam signature scent, ani nie zamierzam takiego mieć. Moją ulubioną marką jest chyba Guerlain – ale tylko stare zapachy. Są też oczywiście zapachy, do których chętnie wrócę, np. Amouage Interlude Man czy Creed Aventus. I całe mnóstwo zapachów, które chętnie poznam. Choć i tak najlepszy pod słońcem jest zapach kobiety.

Nie znoszę zapachów popularnych. Dużym łukiem omijam w perfumeriach półki z napisem „bestsellery”. A szczególnie nie znoszę megapopularnych zapachów P.R.

Zapach ma wyróżniać. Jeśli wszyscy pachną tak samo, to lepiej w ogóle nie używać perfum – efekt wyróżnienia osiągnięty. Dwie kobiety ubrane w identyczne sukienki wiedzą, o co chodzi.

Perfumy dla prawnika

Moje pierwsze perfumy dostałem, kiedy jeszcze po ziemi chodziły niedobitki dinozaurów (czyli pod koniec ogólniaka) i był to oczywiście nieśmiertelny Old Spice – zapach, który dziś kojarzy mi się wybitnie „emerycko” i jakoś chyba nie pasował do młodego wtedy (w miarę) człowieka. A potem już było z górki, raz lepiej, raz gorzej (kolejność przypadkowa): jakieś Adidasy, Givenchy „Blue Label”, Dior „Fahrenheit Summer” (przytaszczony z Tunezji), Creed „Aventus”, Hugo Boss „Dark Blue”, Versace „Pour Homme” (kupiony na Teneryfie), Roberto Cavalli “Man”, Guerlain „L’Instant pour Homme”, Boucheron „Jaïpur”, Kenzo „Air”, Kenzo „Time for Peace”, Custo Barcelona „Custo Man”, Azzaro “Chrome”, Joop! “Jump” etc. Zapachy kupowane w najróżniejszych miejscach: perfumerie, internet, sklepy wolnocłowe (w czasach, kiedy jeszcze miało to sens).

Przy czym kompletnie nie zwracam uwagi na opakowanie ani na falkon. Zachwyty nad butelką Van Cleef & Arpels “Feerie” pozostawiam kobietom. W zapachu najważniejsza jest zawartość butelki, a nie sama butelka. Ponieważ perfumy mają wiele wspólnego z winami (np. wrażliwość na czynniki atmosferyczne), warto pamiętać o winiarskiej zasadzie, że im ładniejsza etykieta, tym gorsze wino. A więc, im ładniejsze pudełko i flakon perfum, tym gorszy zapach. Ta zasada nie zawsze się sprawdza, ale dość często.

Co do zasady nie znoszę uniseksów. Co do zasady, czyli zostawiam sobie jakąś furtkę. Tak, wiem, że u zarania dziejów nie było podziału perfum na damskie i męskie. Ale uważam, że kobiety powinny pachnieć kobieco, a panowie – męsko. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której używam damskich perfum lub perfum żony/kochanki/przyjaciółki. Choć wiem, że odwrotna sytuacja jest możliwa. Kobietom po prostu wolno więcej.

Chyba najciekawszymi perfumami, jakie miałem, była podróbka YSL „Jazz”, sprzedawana jako „New Orleans”. Miałem perfumy i dezodorant, kupione jeszcze w latach ‘90. Co ciekawe, moim zdaniem ten zapach był lepszy od oryginału, a już na pewno bardziej trwały. Ktoś miał cały zestaw takich perfumiarskich generyków i sprzedawał to „domokrążczo” (nie użyję tu marketingowego słowa „sprzedaż bezpośrednia”), jak odkurzacze. A nazwy twórczo nawiązywały do oryginałów. Choć nie pamiętam, czy odpowiednikiem „Fahrenheita” był „Celsjusz”.

Perfumy przechowuję – o zgrozo! – w łazience*. Ale wszystkie w pudełkach. Może także dlatego nie zwracam uwagi na flakony, skoro i tak grzecznie stoją w kartonikach. Tektura jest dobrym izolatorem i moim (ale tyko moim) zdaniem wystarczająco zabezpiecza przed zmianami temperatury i wilgotności. O oczywistej izolacji od światła nie warto nawet wspominać.

* Nebelwerfer czytał tekst na temat tego, jak przechowywać perfumy, ale jak widać - postanowił nie wykorzystywać tej wiedzy w praktyce.

Obecnie mam 18 flakonów perfum:

  1. Annick Goutal Sables
  2. Burberry London
  3. Calvin Klein Truth
  4. Calvin Klein Night Obsession
  5. Chanel Platinum Egoiste
  6. Dolce & Gabbana Pour Homme
  7. Eisenberg Eau Fraîche
  8. Givenchy Xeryus Rouge
  9. Guerlain Coriolan
  10. Guerlain Héritage
  11. Guerlain Vetiver
  12. Humiecki & Graef Askew
  13. Humiecki & Graef Eau Radieuse
  14. Laura Biagotti Roma
  15. Nasomatto Black Afgano
  16. Panama 1924 Milléssimé
  17. Valentino Uomo
  18. Zirh Ikon

 

Kolekcja perfum prawnika - Nebelwerfer

1. Annick Goutal Sables

Killer trwałości. Nie spotkałem (może poza zapachami Amouage) bardziej trwałego zapachu. Wyczuwam go nawet na kołnierzykach koszul po praniu – co jest pewnym problemem. O szalikach nawet nie wspomnę. Sam zapach nie jest łatwy przy pierwszym kontakcie. Przez pierwszą godzinę lub nawet dłużej uderza w nos składowiskiem ziół starej znachorki - zielarki. Potem jest już fantastyczny zapach tytoniowo – cygarowy (przynajmniej ja tak go odbieram). Zapach idealny na zimę. Po prostu otula ciepłem.

2. Burberry London

Jak dla mnie zapach bardzo uniwersalny. Pasuje praktycznie na każdą okazję. A przy okazji naprawdę oryginalny. Brawa za flakon, „ubrany” we flanelową tkaninę. Zapach, do którego wracam – zużywam drugą butelkę.

3. Calvin Klein Truth

Prezent (co do zasady nie lubię dostawać perfum w prezencie). Największa ściema wśród perfum. Wbrew nazwie, te perfumy to czysty fałsz. Zapach jest niby ładny i elegancki, taki trochę na bardziej uroczyste okazje, tylko … Jak dla mnie wali (przepraszam za dosadność) po nosie chemią i sztucznością. Po pewnym czasie robi się to nieznośne. Na szczęście szybko znika ze skóry. To taki gorszy Chanel. Ładnie opakowane wielkie NIC.

4. Calvin Klein Night Obsession

Kolejny prezent ze stajni. Stoi w folii. Aż się boję otwierać. Trzeba będzie komuś podrzucić.

5. Chanel Egoiste Platinum

Elegancki i męski. Jeszcze nie spotkałem nikogo, komu by się nie podobał. Ale nie jest to zapach uniwersalny. Jest idealny na wielkie gale (śluby), wypad do teatru lub opery, albo na wieczorne spotkanie z miłą osobą. Na pewno nie na wizytę w pubie. Jest tak dostojny, że aż drży ręka, kiedy go używam na bardziej pospolite okazje. Ale oczywiście kompletnie się tym drżeniem nie przejmuję i używam, kiedy mam ochotę.

6. Dolce & Gabbana Pour Homme

Najlepsze pudełko wśród zapachów. Dla sierściuchów i nie tylko. Supermechate, aż się prosi, żeby wziąć je do ręki. A sam zapach? Mydło, panie, mydło. Tak właśnie pachnie. Kiedyś w Urzędzie Miejskim w Katowicach podobnie pachniała co druga pani urzędniczka. Co się wtedy nawąchałem, to moje. Ale ten zapach, choć mydlany, jest wybitnie męski. I bardzo uniwersalny, w zasadzie dobry na każdą okazję i na każdą porę roku.

7. Eisenberg Eau Fraîche

Prezent od Uroczej Istoty nie z tego Świata. Nie spotkałem innego zapachu, który – choć męski - byłby jednocześnie tak delikatny i nieuchwytny, pojawia się i znika. Zupełnie jak zjawiskowa kobieta. Elegancja i klasa sama w sobie. I bardzo podoba mi się pudełko.

Kolekcja perfum prawnika - perfumy od Uroczej Istoty nie z tego Świata

Perfumy od Uroczej Istoty nie z tego Świata: Eisenberg Eau Fraîche i Panama 1924 Milléssimé

 

8. Givenchy Xeryus Rouge

Kolejny zapach idealny na wieczorny wypad i coś po takim wypadzie, czyli zapach typu Night Intruder (to takie moje prywatne określenie, nawiązujące do operacji prowadzonych przez RAF w czasie II wojny światowej – kto ciekawy, niech w internecie poszuka hasła Karel Kuttelwascher). Choć ja ostatnio używam go także na co dzień do pracy (zapachu, nie Karela, oczywiście). Klasa i trwałość. Niestety, żadna operacja z jego użyciem nie zakończyła się pomyślnym zestrzeleniem. Ale próbować zawsze warto.

9. Guerlain Coriolan

Genialny zapach „z brodą”. Supermęski, takich już się obecnie nie robi. To nie jest zapach dla hipsterów, spryskujących się perfumami matki/żony/kochanki. Mam do niego szczególny sentyment, bo to był ulubiony zapach mojego Taty. Butelka na wykończeniu, druga pełna w zapasie (zapach już nie jest produkowany, więc robienie zapasów jest ze wszech miar wskazane). Nota bene kształt butelki nawiązuje do XVII-wiecznego pojemnika na proch strzelniczy.

10. Guerlain Héritage

Jeden z niewielu zapachów, które wywołały na tyle silną reakcję otoczenia, że kilka razy zapytano mnie, co to za zwierz. A zwierz jest bardzo męski i wyrazisty. Idealny na wieczorne igraszki. Kolejny Night Intruder.

11. Guerlain Vetiver

Ponadczasowe zielsko. Wytrawne, aż pracują ślinianki. Intrygujące i bezkompromisowe. Jak zwykle u starych Guerlain’ów doskonała projekcja i trwałość. Idealny na lato.

Perfumy Guerlain

Perfumy Guerlain (od lewej): Coriolan, Vetiver, Héritage

12. Humiecki & Graef Askew

Po testach w perfumerii, ale pudełko jeszcze zafoliowane. Uważam, że w miarę obiektywną opinię można sobie wyrobić o perfumach po kilkunastu dniach noszenia. Dlatego na razie nie oceniam tego zapachu.

13. Humiecki & Graef Eau Radieuse

Zapach wyjątkowo mało uniwersalny. Czy to wada? Nie, bo to zapach bardzo dobry. Moim zdaniem idealny na upały – im większe, tym lepiej. Tylko tyle, bo np. zimą kompletnie się nie sprawdza, i aż tyle. Bo jest naprawdę oryginalny, trwały, a jego dodatkową atrakcją jest kapitalny efekt mrowienia na skórze – u mnie trwa to ok. pół godziny od spsikania. Świadomie nie użyłem słów „od aplikacji”, gdyż kojarzą mi się prawniczo, a poza tym pozostawiam je zapachowym fachowcom, do których nie należę.

14. Laura Biagotti Roma

Zapach nie najnowszy, ale ja także do takich nie należę. Słodki, ale męski. Czuję w nim ciepło i słońce Italii. Czego więcej potrzeba?

15. Nasomatto Black Afgano

Powiedzmy sobie szczerze: korek w tych perfumach jest większy od samego flakonu. Na szczęście w zestawie jest także mniejszy korek, w założeniu podróżny. A same perfumy? Haszyszowe konotacje pozostawmy specom od marketingu. Jeśli ktoś się na to złapał, jego sprawa. Ale jeśli się złapał, to i tak było warto. Bo to naprawdę bardzo dobry i oryginalny zapach. Zapach słodko - smolisty i faktycznie trochę uzależniający. Z pewnością niepowtarzalny. Swego czasu przez kilka tygodni używałem go codziennie. Bardzo trwały (taki na cały dzień i dłużej), ale trzymający się blisko skóry - przynajmniej na mnie. Generalnie, gdy miałem go na sobie, nikt nie zapytał: co tu tak pachnie / cuchnie?

16. Panama 1924 Milléssimé

Panama 1924 Milléssimé to także prezent od Uroczej Istoty nie z tego Świata. Jeden z moich faworytów, jeśli chodzi o okazje wieczorowe lub uroczyste. Dobry także do operacji typu Night Intruder. Zapach oryginalny, z taką niepowtarzalną, „metaliczną” nutą. Nie wiem, co to dokładnie jest, pewna pani twierdziła wręcz, że to… majeranek, ale dla mnie to taki właśnie „metal”. Przy czym na mnie zapach jest bardzo trwały (co najmniej 8 godzin) i wyczuwalny, choć słyszałem narzekania, że na innych bardzo szybko znika. Generalnie wszystkie męskie zapachy Panamy są godne polecenia, bo to świetna jakość i mała popularność (co dla mnie jest zaletą). A ich Daytona uchodzi za zapach bardzo podobny do „Aventusa” Creeda, co dla mnie jest komplementem.

Kolekcja perfum prawnika - zapachy na wieczór

Night Intruders (od lewej): Panama 1924 Milléssimé,  Givenchy Xeryus Rouge, Guerlain Héritage. 

17. Valentino Uomo

Ostatni nabytek. Folia czeka na okazję i zerwanie.

18. Zirh Ikon

Zapach zaskakująco … tani. Jak na razie zwycięzca rankingu jakość/cena. I bardzo podoba mi się butelka (choć generalnie flakon w perfumach nie ma dla mnie żadnego znaczenia) – czarna, prosta, bez udziwnień, duży srebrny napis. I dosyć uniwersalny, choć raczej stosuję go w chłodne dni.


I jak Wam się podoba kolekcja perfum Nebelwerfera?

Polecam również inne wpisy z tej kategorii:

PS Przypominam, że i Wy możecie mi wysłać zdjęcia swojej kolekcji perfum na kontakt@olfaktoria.pl Pamiętajcie tylko o wytycznych!

  • Twoja ocena:
  • 3.3 (10 głosów)
Podobał Ci się ten artykuł?

Jeśli tak, to zapisz się do mojego newslettera, aby otrzymywać powiadomienia o nowych artykułach o perfumach i nie tylko. Nikomu nie ujawnię Twojego adresu!