Plusy i minusy pracy kelnerki

wtorek, 4 lutego 2014    0    Lifestyle

Plusy i minusy pracy kelnerki

Zanim rozpoczęłam pracę w perfumerii Douglas, przez około 3 lata pracowałam jako kelnerka. Dzisiaj opowiem Wam o tym, jakie są plusy i minusy tej pracy.

W liceum długo myślałam o studiach prawniczych. Tak długo, że kiedy zdecydowałam się na psychologię, było już za późno, żebym przygotowała się do egzaminu na Uniwersytet Warszawski. Znalazłam więc najlepszą uczelnią prywatną kształcącą na tym kierunku - SWPS* (Szkoła Wyższa Psychologii Społecznej).

Swoją drogą zauważyliście, że wiele blogerek studiuje lub studiowało psychologię? Eliza Wydrych-Strzelecka (aka Fashionelka), Kasia Tusk, Karolina Gliniecka (aka Charlize Mystery) - dwie ostatnie studiowały zresztą na tej samem uczelni, co ja.

Rok studiów dziennych na tej uczelni wynosił wówczas około 8.000 zł. Pierwszy rok opłaciłam z pieniędzy zarobionych przez 2 miesiące pracy w Holandii. Zarobiłam tam 10.000 zł - wystarczająco dużo, żeby opłacić studia za rok z góry (tak było najtaniej). Praca ta była jednak tak uwsteczniająca, że zdecydowałam, że za żadne pieniądze już tam nigdy nie wrócę (dajcie znać, jeśli chcecie, żebym opisała Wam, jak to wszystko wyglądało). Niedługo po przyjeździe do Warszawy i rozpoczęciu studiów zaczęłam szukać pracy. Studiowałam dziennie i choć miałam dużo czasu zdawałam sobie sprawę z tego, że do "normalnej" pracy nikt mnie nie przyjmie. Dlatego zdecydowałam, że zostanę kelnerką. Doświadczenia w tym zakresie nie miałam żadnego, ale chęci do pracy bardzo dużo. Poza tym potrzebowałam pieniędzy.

Nie pamiętam, jak długo szukałam pierwszej pracy. Pamiętam za to, że pierwszą restauracją, w której pracowałam była nieistniejąca już dzisiaj restauracja Babaloo, mieszcząca się przy ulicy Nowogrodzkiej. Oferowała kuchnię afrykańską. To tam nauczyłam się m.in.:

  • odpowiedniego trzymania tacy
  • noszenia kilkunastu drinków naraz
  • otwierania wina, szampana
  • robienia herbaty miętowej itp.
  • jak palić shishę ;-)

Do moich obowiązków prócz obsługi gości należało również sprzątanie.

W Babaloo pracowałam kilka miesięcy - kilka dni w tygodniu po kilka godzin. Zarabiałam wówczas około kilkuset złotych miesięcznie (razem z napiwkami). Niewiele, ale adekwatnie do mojej ówczesnej wiedzy i umiejętności. To była moja pierwsza praca, więc nie nastawiałam się na "zarabianie kokosów". Od czegoś musiałam zacząć. I przede wszystkim - ktoś musiał mi dać szansę. Byłam za to bardzo wdzięczna. Od tego wszystko się zaczęło.*

Restauracja Babaloo była pierwszym miejscem, w którym zdarzyło mi się obsługiwać znaną osobę. Był nim bardzo przeze mnie lubiany Grzegorz Turnau - miły i kulturalny człowiek. Zdarzali się również goście bardzo... interesujący ;-) Kiedyś w restauracji zjawiły dwie pary sympatycznych Anglików po 40-tce. Rozmawiało nam się tak dobrze, że kiedy zaprosili mnie na kawę do Hotelu Marriott, zgodziłam się bez wahania. Na miejscu okazało się, że cel spotkania był inny niż towarzyski. Pamiętam, że pojechałam z jednym z gości na drinka do Panorama Bar & Lounge, mieszczącym się na 40. piętrze hotelu (swoją drogą to bardzo ciekawe miejsce - opiszę je Wam kiedyś na blogu), gdzie przy drinku zaczął mi on opowiadać, jaki jest bogaty i wpływowy, płynnie przechodząc do głównego tematu a zarazem celu spotkania - zachęcenia mnie do wstąpienia do sekty scjentologicznej, eufemistycznie nazywanej kościołem scjentologicznym. Robił to bardzo umiejętnie, posługując się różnymi technikami manipulacyjnymi. Moja ówczesna wiedza na temat scjentologii nie była zbyt duża, ale wystarczająca do tego, by nie "skusić" się na propozycję Anglika. Po spotkaniu udałam się do domu i od tamtego czasu zaczęłam otrzymywać od niego maile dotyczące sekty. Kiedy w końcu wyraźnie napisałam, że nie jestem tym zainteresowana i zagroziłam zakończeniem znajomości, nasz kontakt się urwał. Post factum okazało się, że wspomniana grupka Anglików przyjechała do Warszawy w celu zbudowania komórki organizacji scjentologicznej w Polsce - stąd ich obecność.

Czasem zastanawiam się, jak to możliwe, że wyznawcami "kościoła scjentologicznego" zostają gwiazdy Hollywood, jak Tom Cruise czy John Travolta. Jedynym logicznym wyjaśnieniem wydaje się być dla mnie to, że mają w tym jakiś interes. Wątpię bowiem, że wierzą w nauki tej sekty.

Napiwki w Babaloo dzielone były po równo. Bardzo tego nie lubię. Metoda ta sprawia, że ci, którzy się obijają zarabiają tyle samo co ci, którzy się starają. Zawsze wyznawałam zasadę: każdemu według zasług (wysiłku, włożonej pracy itp.) - to jest dla mnie sprawiedliwość. A nie to, że wszyscy mają po równo. To utopia, która się nie sprawdza. Między innymi z tego względu do dzisiaj nie lubię restauracji, w których napiwek doliczany jest odgórnie. Skutkuje to tym, że ludzie się nie starają - bo i po co, skoro i tak dostaną napiwek? Nie cierpię tego.

Restauracja Babaloo - choć miała bardzo ciekawy wystrój, egzotyczną muzykę i smaczne jedzenie, nie była zbyt popularna i szybko została zamknięta. Po kilku miesiącach z niej odeszłam i zaczęłam szukać pracy gdzie indziej.

Foksal

Po odejściu z Babaloo zaczęłam szukać restauracji, w której mogłabym zarobić więcej pieniędzy. W związku z tym, że miałam już doświadczenie w pracy jako kelnerka, mogłam szukać pracy w lepszym miejscu.

Mój wybór padł na Plac Trzech Krzyży. To tutaj znajdowały się kiedyś, tuż obok siebie: Szpilka, Szparka i Szpulka - restauracje, w których pojawiali się przedstawiciele tzw. warszafki, w tym gwiazdy polskiego showbiznesu, z Kubą Wojewódzkim na czele. W ich okolicy zawsze zaparkowane były najlepsze i najdroższe samochody: mercedesy, porsche, lamborghini itp. Lans pełną gębą ;-)

W tamtym czasie poszukiwano kelnerek do pracy w Szparce. Zaproszono mnie tam na dzień próbny. Spędziłam w pracy kilkanaście godzin, ale ostatecznie mnie nie zatrudniono. Odniosłam wrażenie, że nie pasowałam do tego miejsca (co nie oznacza, że było ono złe - kelnerka, której tamtego dnia pomagałam zarobiła około 300 zł z napiwków). Zbytnio się tym jednak nie przejęłam. Trwały bowiem wakacje, w związku z czym pracy w gastronomii było pod dostatkiem. I wtedy znalazłam kolejną restaurację - w największym warszawskim centrum lansu - na przylegającej do Nowego Światu ulicy Foksal*.

*Skrzyżowanie ulic: Chmielna, Foksal i Nowy Świat to jedyne miejsce w Warszawie, które w lecie przypomina klimatem ciepłe kraje. Ludzie przychodzą się tutaj pokazać - każdy na każdego patrzy i każdy każdego obserwuje. Mnóstwo tu restauracji i ogródków wypełnionych po brzegi sączącymi drinki gośćmi. Obcokrajowców, zadbanych mężczyzn i pięknych kobiet. Pamiętajcie: jeśli kiedyś ktoś Wam powie, że najładniejsze kobiety przechadzają się Starówką, nie wierzcie w to. Najładniejsze kobiety spacerują ulicami: Chmielna, Foksal i Nowy Świat.

Restauracja, którą wybrałam miała bardzo ładny, nowoczesny i minimalistyczny wystrój. Oferowała kuchnię śródziemnomorską. Jej kierowniczką byłam młoda, bardzo ładna Ukrainka - modelka z agencji, do której kilka miesięcy wcześniej próbowano mnie zwerbować (pisałam o tym w artykule o tym Jak wygląda casting do Top Model?). Wymyśliła ona sobie bardzo ciekawy sposób na przyciągnięcie klientów. Zatrudniała tylko ładne dziewczyny - zakładała bowiem (słusznie zresztą), że będą one przyciągać do restauracji dużą liczbę klientów. To właśnie tutaj poznałam Asię (ci, którzy byli na warsztatach w Pure Sky Club będą wiedzieć, o kogo chodzi), z którą utrzymuję kontakt do dziś. Lord zresztą też - syn Asi przypadł mu bardzo do gustu ;-)

Często kazano nam wystawać w drzwiach wejściowych i uśmiechać się do przechodniów (nawet w chłodne, deszczowe dni). Szczerze tego nie znosiłam. Starałam się od tego wymigiwać, kiedy tylko mogłam. Niestety - zdarzały się sytuacje, które tylko utwierdzały właścicielkę w tym, że jej strategia jest dobra. W pamięci utkwiła mi zwłaszcza jedna z nich - kiedy była świadkiem tego, jak pewien mężczyzna przechodząc obok restauracji tak się na mnie zapatrzył, że o mało nie wpadł na słup. Byłam zła, że zdarzyło się to na jej oczach. Takie sytuacje nie dawały mi bowiem nadziei na to, że wystawanie w drzwiach kiedyś się skończy.

Warunkiem otrzymania szansy pracowania w restauracji na ulicy Foksal było przepracowanie 2 dni próbnych. Za darmo. Dzień pracy trwał 10 godzin. Przepracowałam oba i zostałam zatrudniona na umowę - zlecenie.

Pracowałam po kilkanaście godzin dziennie, 5-6 dni w tygodniu. Właścicielka była bardzo wymagająca. Restauracja była czynna do 2h w nocy. Mimo to nie zamykano jej nawet wtedy, gdy ktoś przychodził tuż przed drugą. Bywało, że dla dwóch gości siedzących w ogródku siedziałyśmy z koleżanką w pracy aż do 4 nad ranem. A później musiałyśmy jeszcze sprzątać restaurację, wykończone wracając do domu.

W mieszkaniu, które wówczas wynajmowałam (wspólnie z 2 koleżankami) byłam tylko gościem. Szybko doprowadziłam je do opłakanego stanu. W każdym pokoju porozrzucane były moje rzeczy. Po powrocie z pracy nie miałam bowiem czasu ani ochoty na to, żeby je sprzątać. Często wracałam do domu nad ranem, kładłam się spać, po czym wstawałam i znowu szłam do pracy.

Czasem miałam momenty zwątpienia. Robiło mi się smutno zwłaszcza wieczorami, kiedy było ciepło, a w ogródkach siedziało mnóstwo ludzi - zadbanych, uśmiechniętych i miło spędzających czas. Żałowałam wówczas, że nie mogłam być na ich miejscu. Wszelkie niedogodności w pracy rekompensowali mi jednak goście. Zawsze lubiłam poznawać nowych ludzi a tutaj codziennie poznawałam ich mnóstwo. Niektórzy z nich byli dla mnie bardzo mili.

  • Kiedyś na lunchu zjawili się: Dorota Gawryluk (prezenterka Wiadomości w Polsacie) i jej znajomy. W pewnym momencie dziennikarka powiedziała: właśnie o Pani rozmawialiśmy. Jest Pani piękną kobietą. Bardzo przypomina Pani Edytę Górniak.* Największe wrażenie wywarło na mnie to, że słowa te padły z ust kobiety. To się zdarza niezwykle rzadko.

*Bywało, że jednego dnia słyszałam to porównanie kilka razy, od kilku różnych gości restauracji. Na początku mnie to irytowało, ale z czasem się do tego przyzwyczaiłam i przestałam na to zwracać uwagę.

Szybko zorientowałam się, że wielu gości restauracji przychodziło do niej głównie ze względu na kelnerki. Jednym z nich był X - największa miłość mojego życia (tak mi się przynajmniej wtedy wydawało) - 11 lat starszy ode mnie facet - wówczas kierownik sprzedaży w międzynarodowej korporacji farmaceutycznej. Miał być moim mężem (teraz wiecie, dlaczego będąc w tym wieku nadal nie mam dzieci, tylko Lorda ;-)) To właśnie on na potrzeby dzisiejszego wpisu podesłał mi zrobione przez siebie niegdyś zdjęcie - jedyne, jakie mam - będące dowodem na to, że byłam kelnerką.

Kelnerka

  • Poza moim „rycerzem na białym koniu” przychodził do mnie również Maciej - przystojny, trzydziestokilkuletni, dobrze zbudowany facet. Wiecznie palił cygaro i zawsze pił espreeso (narzekając przy tym, że jest niedobre). Był trochę niezrównoważony - często się obrażał i wymyślał niestworzone historie. Był przy tym jednak dość zabawny i bardzo go lubiłam.
  • Był też Łukasz - zadbany, miły deweloper. Przychodził często i zostawiał dobre napiwki. Kiedyś, będąc pod wpływem alkoholu, nazwał mnie imieniem mojej koleżanki. Udałam wówczas, że się obraziłam. Poprosił mnie o wybaczenie a ja zażartowałam, że przyjmę przeprosiny tylko wtedy, kiedy otrzymam od niego kwiaty. Następnego dnia w pracy czekał na mnie ogromny bukiet pięknych białych stokrotek ;-)
  • Poznałam też pewnego 40-letniego Amerykanina. Rozmawiało nam się tak dobrze, że po pracy poszłam z nim do klubu Oliviera Janiaka (nieistniejący już dzisiaj Milch). Na pożegnanie zostawił mi napisaną w języku angielskim książkę Absurdistan, wraz z dedykacją. Choć od tamtej pory nie było go w Polsce ani razu, nadal mam z nim kontakt. Jeśli kiedyś polecę do Los Angeles, z pewnością się z nim spotkam.

Poznałam również wielu innych mężczyzn. Zdarzało się, że po pracy umawiałam się z nimi na drinka. Była to dla mnie miła odskocznia od codziennej harówki. Jednego z nich poprosiłam nawet kiedyś o pomoc. Pewnego dnia, w trakcie tzw. tabaki (duży ruch, dużo gości, dużo pracy), upuściłam popielniczkę i felernie na nią nadepnęłam, kalecząc się w stopę. Zaczęłam więc obsługiwać gości utykając - taka byłam „obowiązkowa” ;-) W końcu kazano mi jednak iść do domu. Zadzwoniłam wtedy po mojego znajomego. Pamiętam, że przyjechał po mnie terenowym BMW.

Zepsuł Ci się samochód? Ostatnio jeździłeś jaguarem.

Odparł z politowaniem: Dorota - ja mam kilka samochodów.

Odwiózł mnie do domu i byłam mu za to bardzo wdzięczna. Ale więcej się do niego nie odezwałam (nie znoszę, kiedy mężczyźni usiłują wywierać na mnie wrażenie swoim majątkiem). Co ciekawe, spotkałam go później w perfumerii Douglas - z kobietą młodszą od niego o 20 lat ;-) Chyba do dzisiaj są razem.

Bywali też goście upierdliwi lub niemili. Stanowili oni mniejszość, więc nie będę się tu na nich skupiać. Opowiem tylko o jednym z nich, jako że szczególnie zapadł mi w pamięci. Pewnego wieczora do restauracji przyszedł młody facet, razem z grupą tzw. „bananów” - dobrze ubrani, o niezbyt dobrych manierach i skłonności do wywyższania się. Stałam wówczas w wejściu i jeden z nich powiedział do mnie: „Dobry Wieczór”, na co ja odparłam: „Dobranoc”. Szkoda, że nie widzieliście jego miny. Stwierdził, że zachowałam się skandalicznie i że nie wiem, z kim zadzieram. Zagroził, że poniosę tego konsekwencje - bo on tutaj wszystkich zna i na pewno mnie za to zwolnią. Skończyło się na tym, że zaprosił mnie na lunch ;-)

W czasie, kiedy pracowałam na ulicy Foksal, byłam bardzo młoda, bardzo naiwna i bardzo łatwowierna. Nie uwierzylibyście, jak bardzo. „Wyrobiłam się” dopiero z czasem i dzisiaj jestem już zupełnie inną osobą. Ale wtedy… Pamiętam klienta, który zjadł lunch i stwierdził, że chciałby zapłacić za niego gotówką. W tym celu musiał się jednak udać do bankomatu. Uwierzyłam mu na słowo i pozwoliłam się oddalić. Pierwszy i ostatni raz dałam się tak nabrać. Oszust już nie wrócił a ja za jego lunch musiałam zapłacić z własnych pieniędzy. Takie były zasady.

W tamtym czasie cierpiałam również na inną przypadłość - bliską zeru asertywność. Bardzo często ktoś mnie prosił o numer telefonu (żeby się ze mną umówić) a ja zawsze ten numer podawałam (dzisiaj otrzymanie mojego numeru graniczyłoby z cudem). Nie wiem, jaki był tego powód: chyba z jednej strony bałam się odmawiać a z drugiej wydawało mi się, że jeśli odmówię, nie otrzymam napiwku (głupie-wiem). Co ciekawsze - przeważnie dając ten numer z góry wiedziałam, że i tak nigdy nie dojdzie do spotkania. Kiedyś zadzwonił do mnie były partner Edyty Górniak - dziennikarz Piotr Gembarowski. Był bardzo niepocieszony, kiedy zorientował się, że się z nim nie umówię. Najśmieszniejsze było jednak to, kiedy kilka lat później zaczepił mnie na ulicy, ponownie pytając o numer (nie poznał mnie). Odmówiłam.

Na zmianie pracowało kilka kelnerek. Każda z nas miała swój rewir - inny każdego dnia. W przeciwieństwie do Babaloo, tutaj napiwki nie były dzielone po równo. Każda z nas zarabiała około 200 zł dziennie. Przed udaniem się do domu musiałyśmy się rozliczyć, przedstawiając wszystkie rachunki managerowi. Część napiwków oddawałyśmy kucharzom i Pani pracującej na zmywaku. I to było sprawiedliwe.

Pracowałam dobrze i ciężko. Ale niesforna byłam zawsze. Nigdy nie lubiłam zakazów i nakazów. Lubiłam je za to łamać lub naginać - dawało mi to bowiem poczucie kontroli. Najczęściej objawiało się to łamaniem zasady zabraniającej picia alkoholu w trakcie pracy. Bywało, że goście - zwłaszcza obcokrajowcy - zamawiając drinki, zamawiali ich specjalnie więcej z myślą o mnie. Miałam bardzo dobry kontakt z ludźmi i z reguły szybko zyskiwałam sobie sympatię innych. Zdarzało się więc, że chcieli się ze mną napić. Czasem odmawiałam a czasem się zgadzałam. Zależało, jaki miałam nastrój. Jeśli manager mnie zdenerwował a goście byli sympatyczni, nabijałam ulubionego drinka na kasę (dodając go do rachunku gości) i piłam go na zapleczu (a czasem również w ogródku). Czy bałam się, że zostanę za to zwolniona? Trochę tak. Ale adrenalina związana z koniecznością ukrywania się i chęć złamania zasad były silniejsze ode mnie.

Z perspektywy czasu stwierdzam, że praca w tej restauracji to była prawdziwa harówka. Ale wtedy tego tak nie odbierałam. Po pierwsze dlatego, że lubiłam swoją pracę a po drugie dlatego, że nie miałam innego wyjścia - musiałam zarobić na kolejny rok studiów. Zarobiłam. I byłam z siebie bardzo dumna.

Nigdy wcześniej ani później nie pracowałam aż tak intensywnie. Gdybym miała powiedzieć, gdzie pracowało mi się najciężej, powiedziałabym, że właśnie tam - gdzie szefową była Ukrainka. Najśmieszniejsze, że dzisiaj to ja zatrudniam Ukrainkę - do sprzątania mieszkania - i jestem dla niej bardzo miła. Ot, ironia losu ;)

Po pewnym czasie miałam jednak dość. I wtedy postanowiłam zmienić restaurację.

Foksal 19

Na ulicy Foksal, kilkanaście metrów dalej, w przepięknej, neogotyckiej kamienicy z XIX wieku, znajdował się Bar z NightClubem o nazwie Foksal 19 (wspominałam Wam o nim w tekście 5 najlepszych klubów w Warszawie). Swego czasu był to najlepszy i najbardziej ekskluzywny klub w stolicy. Jego twórcy (właściciele m.in. Lolka i Dekady) stworzyli zeń enklawę luksusu na zachodnim poziomie, odwzorowującą atmosferę wysmakowanego nowojorskiego baru.

To było naprawdę wyjątkowe miejsce. Zaprojektowane przez Studio Kaczmarek (to samo, które aranżowało wnętrza klubów: Platinium oraz Cynamon), wnętrze robiło ogromne wrażenie. Urządzone w bardzo eleganckim i minimalistycznym stylu, z obrazami Tamary Łempickiej tworzyło niesamowity klimat. Dolną część Foksal 19 stanowiła restauracja a górną - klub. Na środku lokalu znajdował się podświetlany, długi na kilkanaście metrów bar z marmuru, za którym znajdowały się setki rozmaitych alkoholi, w tym kilkadziesiąt rodzajów whisky.

Poniższe zdjęcia nawet w połowie nie oddają klimatu tego miejsca.

Klub Foksal 19 w Warszawie

Klub Foksal 19 w Warszawie

Restauracja oferowała kuchnię fusion. Można było tutaj zamówić tak wykwintne dania jak m.in.:

  • szynka serrano z musem z melona doprawionego pieprzem cayenne
  • zupa z mleka kokosowego i indyka, podprawiana tamaryndem
  • czy łososia nadziewanego szyjkami rakowymi z pieczonymi warzywami i sosem chutney

Wszystko było tutaj na wysokim poziomie, począwszy od wnętrza, poprzez jedzenie i drinki a skończywszy na muzyce. Wieczorami grał tutaj didżej, do którego w weekendy często dołączali: saksofonista (uwielbiam!) i wokalistka.

Restauracja była czynna 6 dni w tygodniu, od poniedziałku do soboty, natomiast klub funkcjonował w czwartki, piątki i soboty. Jak we wszystkich tego typu miejscach, w Foksal 19 obowiązywała selekcja. Przed wejściem do klubu stali: selekcjoner i ochroniarz, natomiast w środku czekali: szatniarz i hostessa, która odpowiadała za rezerwacje i odprowadzała gości do stolików. Ochroniarze sprawdzali wszystkich pracowników przychodzących do i wychodzących z pracy (głównie pod kątem tego, czy nie wnoszą lub nie wynoszą oni alkoholu). Lubiłam ich (mimo że pokazywanie zawartości torebki bywało denerwujące) za to, że w razie jakichkolwiek problemów z klientami można było na nich liczyć. Niemal zawsze stali bowiem po naszej stronie. W razie potrzeby egzekwowali płatności i wypraszali niemiłych lub nachalnych gości.

Do Foksal 19 przychodziło mnóstwo przedstawicieli klasy średniej, warszawskich lanserów, obcokrajowców a także gwiazd i celebrytów (m.in.: Alicja Bachleda Curuś, Aneta Kręglicka, Ilona Felicjańska czy Justyna Steczkowska). Średnia wieku gości wynosiła 30+, przy czym należy zaznaczyć, że miejsce to odwiedzało wielu mężczyzn w przedziale wiekowym 40-50 i dużo kobiet przed 30-tką.

Jako pracownik Foksal 19 nie mogłam tam przychodzić po pracy jako gość. Jednak po tym, jak się stamtąd zwolniłam, odwiedzałam to miejsce jeszcze wielokrotnie (ze wspomnianym wcześniej rycerzem). Chodziłabym tam nadal, gdyby nie fakt, że lokal został zamknięty. W jego miejscu znajduje się dzisiaj Sketch - bardzo popularne miejsce spotkań warszawskich lanserów nowej generacji (swoją drogą dość ciekawe, kiedyś napiszę Wam o nim więcej na blogu).

Obsługa Foksal 19

W Foksal 19 pracowało około 20-stu kelnerek i barmanów. Niemal wszyscy byli studentami, w związku z czym często się wymieniali. Nigdy nie pracowaliśmy wszyscy naraz. Obowiązki były tutaj jasno podzielone: barmani stali za barem i robili drinki/napoje, a kelnerki obsługiwały gości (nie zajmowały się sprzątaniem, np. myciem podłóg, zamiataniem itp.).

Zanim zostałam zatrudniona na umowę-zlecenie, musiałam przejść okres próbny, w trakcie którego zapoznano mnie z miejscem i panującymi w nim zasadami a także kazano nauczyć się całej karty menu na pamięć, ze znajomości której byłam potem przepytywana przez managera. Musiałam wiedzieć:

  • jak wyglądają i smakują poszczególne potrawy, a także potrafić je opisywać po polsku i po angielsku*
  • jak nazywają się i z czego składają się poszczególne drinki (np. mohito: rum, cukier, mięta, limonka, woda gazowana, kruszony lód)
  • opisywać wina (białe/czerwone, słodkie/wytrawne, chilijskie/francuskie itp.)
  • odróżniać poszczególne alkohole (np. Jack Daniels: Gold/Green/Blue/Black/Red) i ich rodzaje (np. single malt/blended)
  • znać nazwy, rodzaje i miejsce pochodzenia cygar oraz wiedzieć, w jaki sposób je podawać

*Znajomość języka angielskiego w warszawskich restauracjach jest obligatoryjna.

To właśnie za czasów pracy w Foksal 19 poznałam smak Dom Pérignon, większość najpopularniejszych klubowych alkoholi oraz znaczenie egzotycznych dla mnie wówczas słów, jak np.: ratatouile, cohiba, fois grois czy spring rolls. Część tej wiedzy nabyłam wskutek przebytych w klubie szkoleń. Tym samym, w wieku dwudziestu kilku lat byłam lepiej i bardziej obyta niż co poniektórzy, znacznie starsi ode mnie goście restauracji. Po czym to poznawałam? Najczęściej po tym, jak wywyższający się nuworysze z gatunku „wszędzie byłem, wszystko znam, wszystko widziałem” zamawiali mohajo lub modżajto. Takich z miejsca nazywałyśmy „wieśniakami”.

Na początku, po zdaniu „egzaminu”, jako najmłodsza stażem kelnerka pracowałam głównie w porze lunchy, czego nie lubiłam, ponieważ zwykle nic się wtedy nie działo*. Wieczorami otrzymywałam natomiast „najgorsze rewiry”, czyli takie, gdzie prawdopodobieństwo zarobienia satysfakcjonujących pieniędzy (z napiwków) było niewielkie. Owszem - czasem bywało na odwrót - że najlepsze pieniądze zarabiało się w najgorszym rewirze - zdarzało się to jednak rzadko i w głównej mierze było dziełem przypadku. Po jakimś czasie zaczęto mi przydzielać lepsze rewiry. Z rachunkami sięgającymi kilku tysięcy złotych, z kilkunastoma osobami do obsługi i szampanami za 1000 zł, przy których otwieraniu trzęsły mi się ręce (zwłaszcza kiedy wpatrywało się we mnie kilkanaście par oczu).

*Poczucie marnowania czasu to coś, czego nie znoszę. Dlatego zawsze, kiedy nie miałam nic konkretnego do roboty, znajdowałam sobie jakieś zajęcie, np.: polerowanie sztućców, czyszczenie popielniczek czy składanie serwetek (opanowałam tę sztukę do perfekcji).

Praca 

Zmiana trwała zazwyczaj około 8 godzin. Do pracy przychodziłyśmy około 18.00 i przez kilka pierwszych godzin najzwyczajniej w świecie się nudziłyśmy. Największy ruch zaczynał się bowiem około 22.00 i trwał kilka godzin. Zazwyczaj wtedy miała miejsce tzw. tabaka - moment, w którym wszyscy naraz czegoś chcieli i nie było wiadomo, w co włożyć ręce. W takich momentach zdarzały mi się wpadki. W pamięci szczególnie utkwiła mi pewna zakochana para obcokrajowców, która zamówiła u mnie dwudaniową kolację. W pośpiechu zapomniałam zamówić jedno drugie danie (dla mężczyzny). Zorientowałam się o tym dopiero wtedy, kiedy miałam je podać. Jako że głupio było mi się przyznać do błędu, przeprosiłam i powiedziałam, że to wina kucharza*. Goście nie byli zadowoleni i chyba nie uwierzyli w moje tłumaczenie. Mimo to, choć podałam danie z dużym poślizgiem, i tak zostawili mi napiwek.

*Robiłam tak zawsze wtedy, kiedy miałam jakiś problem - jako że goście nie mieli dostępu do kuchni, nie byli w stanie zweryfikować, czy mówię prawdę. Pozwalało mi to również przenieść ich złość na kogoś innego.

Kiedy wspominam czasy pracy w Foksal 19, przed oczami jawi mi się pewna zabawna scena. Jedna z moich koleżanek - nazwijmy ją Majka - niezbyt garnęła się do pracy. Duże pieniądze małym kosztem - taka była jej dewiza. Któregoś razu rozsiadła się na zapleczu i oznajmiła wszem i wobec, że nie została stworzona do pracy i że jak najszybciej musi sobie znaleźć bogatego faceta. Pod tym względem Foksal 19 nadawał się do tego idealnie ;-)

Jak w każdym tego typu miejscu, największy ruch był w weekendy. To właśnie wtedy można było najwięcej zarobić. Czasem pracowałam na dole a czasem na górze - w zależności od tego, jaki przydzielono mi rewir. Tutaj również zdarzało mi się pić alkohol z gości, zwłaszcza z obcokrajowcami.

Po pracy regularnie chodziłyśmy z koleżankami do innych klubów, najczęściej do Cynamonu*, gdzie często spotykałyśmy gości z naszej restauracji (więcej na ten temat pisałam w recenzji książki Spowiedź Selekcjonera). Wielu z nich traktowało bowiem Foksal 19 jako świetne miejsce wypadowe, odpowiednie na rozpoczęcie imprezy, w którym można było dobrze zjeść i wyluzować się przed pójściem „na miasto”.

*Gastronomia to bardzo hermetyczne środowisko, w którym wszyscy się znają. Dlatego nigdy nie miałyśmy żadnego problemu z tym, żeby wejść do jakiegokolwiek klubu - wpuszczano nas po znajomości i bez kolejki - nawet, kiedy nie byłyśmy ubrane tak, jak powinnyśmy.

Zarobki

Muszę przyznać, że bardzo lubiłam Foksal 19. Pracowało mi się tutaj mniej i lżej niż w mojej wcześniejszej restauracji a zarobki były bardzo podobne (łącznie z napiwkami około 4000 zł). Stawka za godzinę wynosiła 7 zł netto. Kelnerki o dłuższym stażu otrzymywały również prowizję od utargu. Napiwki nie były dzielone po równo między wszystkie kelnerki (na szczęście). Podobnie jak wcześniej, tak i tutaj część pieniędzy oddawałyśmy kucharzom, część barmanom a część Pani pracującej na zmywaku.

Praca w Foksal 19 miała również inne zalety, np.:

  • każda osoba miała prawo do jednego bezpłatnego posiłku dziennie (we wcześniejszej restauracji tak nie było - musiałam sobie go kupować sama, ze zniżką pracowniczą) 
  • w weekendy często przychodziła do nas ekipa fryzjerów z zaprzyjaźnionego salonu, która wszystkim robiła fryzury. To właśnie wtedy poznałam Przemka, od którego chodzę już dobrych kilka lat.
  • możliwość uczestniczenia w specjalnej imprezie dla tzw. stuffu, która odbywała się po Sylwestrze, a podczas której mogliśmy bawić się we własnym gronie w klubu i pić na koszt firmy.*

*Lubiłam pracować w Sylwestra (nie lubię tego święta). Z kilku względów. Atmosfera tego dnia była luźna, w lokalu było mnóstwo gości a dniówka wynosiła 500 zł. 

Z czasem otrzymałam również możliwość pracowania również jako hostessa. Często się na to zgadzałam, zwłaszcza pod koniec swojej pracy w Foksal 19, kiedy zarobki kelnerek się pogorszyły (hostessa zarabiała 15 zł/h). Pracowałam wówczas z już dobrze Wam znany selekcjonerem - Marcinem Twardowskim.

Przygody

W Foksal 19 często organizowano różne konferencje i eventy (zwłaszcza w części klubowej). Najczęściej były to imprezy firmowe, podczas których pracownicy różnych korporacji upijali i objadali się do nieprzytomności. W trakcie takich eventów często odbywały się koncerty popularnych polskich wykonawców. 

  • Kiedyś polecono mi zająć się Anią Dąbrowską i jej zespołem.

​Z racji tego, że wokalistka bardzo lubi bigos, restauracja zaserwowała właśnie to danie (mimo że zwyczajowo nie miała go w ofercie).

  • Jedną z imprez, które najbardziej zapadły mi w pamięci były urodziny Macieja Zienia, na które zaproszono mnóstwo polskich gwiazd.

Poproszono mnie o to, bym była hostessą pilnującą listę gości i zakładającą im specjalne bransoletki. Jako że były to urodziny projektanta mody, wypożyczono mi z tej okazji złotą (a jakże!), cekinową, bardzo krótką sukienkę projektanta oraz sygnowane jego nazwiskiem szpilki. Bardzo wysokie. I niewygodne. Szybko zaczęły mnie od nich boleć nogi. Dzielnie jednak stałam przy wejściu do klubu i sprawdzałam listę gości. W pamięci zapadło mi zwłaszcza trzech z nich. Pierwszym był brat Alicji Bachledy - Curuś, którego nie było na liście, a który bardzo chciał uczestniczyć w urodzinach. Tadeusz (bo tak się nazywał) próbował mnie przekonać twierdząc, że jego siostra nie mogła przyjechać, w związku z czym on niejako zjawił się w jej imieniu. Żeby udowodnić mi, że mówi prawdę, pokazał mi nawet swój dowód osobisty. Nie uwierzyłam mu, wręcz przeciwnie. Odebrałam go jako kolejną osobę, która na siłę chce się dostać na imprezę. A że tego wieczora podobnych przypadków miałam całe mnóstwo (moja opinie na temat wpraszania się wyraziłam w tekście 10 najbardziej żenujących zachowań na eventach kosmetycznych), nie wpuściłam go. Taka byłam podła ;-) Po powrocie do domu sprawdziłam Tadeusza - okazało się, że mówił prawdę. I w ten oto sposób dowiedziałam się, że Alicja ma brata.

Drugim mężczyzną, który zapadł mi w pamięci tamtego wieczoru był Tomek Makowiecki, który przyjechał spóźniony, smutny i trochę wstawiony. Przytuliłam go, poczuł się lepiej i poszedł dalej ;-)

Trzeci mężczyzna wręczył mi pieniądze (za bycie hostessą). W rezultacie prócz mojej stawki hostessy zarobiłam dodatkowe 100 zł.

  • Którejś soboty w klubie pojawił się kilka lat ode mnie starszy student SGH.

Rozmawiało nam się tak dobrze, że kiedy zaprosił mnie na przejażdżkę, której celem miało być podziwianie wschodu słońca nad Wisłą, zgodziłam się.* Przyjechał po mnie o piątej nad ranem i pojechaliśmy na Wał Miedzeszyński. Kiedy byliśmy już prawie na miejscu, samochód mojego towarzysza podróży… zakopał się w błocie. Spędziliśmy godzinę usiłując wydostać z niego samochód. Ostatecznie pomógł nam holownik. Student miał chyba dość, bo postanowił odwieźć mnie do domu. Nigdy więcej się nie spotkaliśmy.

*Już widzę Wasze miny. Na swoją obronę powiem tylko tyle, że propozycja wydała mi się normalna, ponieważ w tamtym czasie często chodziłam na spacery nad Wisłę ze swoim znajomym ze studiów. Przesiadywaliśmy tam do rana pijąc piwo i rozmawiając o życiu (haha). To właśnie wtedy odkryłam, jak interesujący jest most kolejowy. Okazało się bowiem, że można pod niego wejść, usiąść tam a nawet się tam położyć (nie mówiąc o możliwości przejścia na drugą stronę rzeki). Pokazałam go później kilku swoim znajomym. Może zrobię tam stylizację do jakichś perfum - muszę tylko znaleźć odpowiedni zapach.

Jak wspominałam wcześniej, kilka lat temu byłam bardzo naiwna, łatwowierna i ufna. Można mi było wmówić dosłownie wszystko, począwszy od tego, że kiedy nowo poznany facet zaprasza mnie na oglądanie wschodu słońca, to właśnie to ma na myśli a skończywszy na tym, że cukier puder to kokaina. Wiąże się z tym zresztą kolejna zabawna historia.

  • Jeden ze stałych gości Foksal 19 często brał narkotyki.

Któregoś razu siedział w moim rewirze. Po jego wyjściu zauważyłam, że pod stołem leży duży worek z białą zawartością przypominającą kokainę. Tak przynajmniej twierdzili moi znajomi, którzy polecili mi to sprawdzić. Jako że nie wiedziałam, jak wygląda i działa kokaina, postanowiłam spróbować. Niestety narkotyk na mnie nie zadziałał. Wyrzuciłam go więc do kosza na śmieci. Po dwóch latach, podczas kolacji ze znajomymi dowiedziałam się, że celowo podrzucili mi oni worek z… cukrem pudrem. Wspominałam już, żjaka byłam kiedyś naiwna? ;-)

  • Kiedyś wracając z pracy natknęłam się na stałego klienta - znajomego Liroya, który wspólnie z nim świętował wówczas jego urodziny.

W restauracji, z której niedawno się zwolniłam. Zobaczył mnie i zaprosił do stolika. Zgodziłam się (w ramach mojej nikłej asertywności). Wypiłam z nimi drinka i postanowiłam się ulotnić. X odprowadził mnie do taksówki i wcisnął mi w dłoń 100 zł - na drogę. Nie było opcji, żebym tych pieniędzy nie przyjęła. Postanowiłam mu je zwrócić, ale zanim ponownie go spotkałam, zdążyłam się zwolnić z pracy. Dzisiaj już nawet nie pamiętam, jak wyglądał ten facet.

Praca kelnerki nauczyła mnie kilku bardzo ważnych rzeczy.

  • obycie
  • asertywność
  • samodzielność

Obycie

Mam tu na myśli takie rzeczy jak:

  • znajomość alkoholi, potraw, cygar itp.
  • umiejętność rozmawiania z ludźmi o wiele starszymi od siebie
  • umiejętność pracy w zespole, w różnorodnym gronie
  • umiejętność odpowiedniego zachowywania się w restauracji (zostawiania napiwków, pieniędzy w szatni itp. )

W rezultacie, w bardzo młodym wieku, w przyspieszonym tempie posiadłam wiedzę, którą inni zdobywają latami.

Częste przebywanie w towarzystwie majętnych ludzi a także zarabianie relatywnie dużych pieniędzy w tak młodym wieku poskutkowało z kolei:

  • ukształtowaniem się mojego zamiłowania do luksusu, pięknych miejsc, dobrego jedzenia itp.
  • powstaniem zakrzywionego obrazu rzeczywistości, w którym większość ludzi jest piękna i bogata
  • zepsuciem i rozpieszczeniem
  • sodówką

Jako że pochodzę z małej wsi, na początku mieszkania w Warszawie imponowały mi takie rzeczy jak: luksusowe apartamenty, drogie ciuchy czy lamborghini. Z czasem - głównie za sprawą pracy w restauracjach (zwłaszcza Foksal 19) przestałam się tym podniecać. Po pierwsze - widok tych rzeczy mi spowszedniał (znowu ta habituacja bodźca - Jak wygląda casting do Top Model. Zostań modelką?) a po drugie szybko doszłam do momentu, w którym sama mogłam sobie kupić np. buty Dolce&Gabbana. I wtedy odbiła mi do głowy sodówka*. Szybko się jednak ogarnęłam i dzisiaj się z tego śmieję. Jednak bardzo się cieszę, że przez to przeszłam i mam ten etap już za sobą (zważywszy na fakt, że niektórym nigdy nie udaje się wylądować). Dzięki temu dzisiaj jestem odporna na różnego rodzaju manipulacje, zwłaszcza te na tle finansowym.

*Na sodówkę podatnych jest wiele osób. Ciężko się przed tym obronić. Trzeba to przeżyć samemu.

Samodzielność

Poczucie samodzielności i samowystarczalności dodało mi pewności siebie. To była dla mnie wielka frajda: możliwość samodzielnego opłacenia studiów i utrzymywania się. To z kolei przyczyniło się do przyspieszonego wejścia w dorosłość a także oddalenia od współlokatorek. One nie musiały pracować - otrzymywały wystarczającą ilość pieniędzy od rodziców. A ja wprost przeciwnie. Miałyśmy więc coraz mniej wspólnych tematów. Poza tym dużo czasu spędzałam w pracy, z ludźmi w podobnej sytuacji do mojej. Wszystko to sprawiło, że postanowiłam zmienić tryb studiów z dziennych na zaoczne. Z upływem czasu zaczęłam bowiem również dostrzegać, ile czasu marnowałam studiując dziennie (jeśli chcecie, napiszę o tym odrębny artykuł - dajcie znać).  

Asertywność

Kolejnym plusem pracy kelnerki był wzrost mojej asertywności i drastyczne obniżenie mojego poziomu naiwności. Rozpoczynając pracę byłam tak ufna i łatwowierna, że można mi było wmówić wszystko*. Po kilku latach pracy w gastronomii byłam już zupełnie inna. 

*Był czas, że miałam o to pretensje do mojej mamy - o to, że źle mnie wychowała, nie przygotowując mnie do różnych rzeczy. Ale już mi przeszło. 

Wszystkie wyżej opisane zachowania były pochodną zerowego obeznania i wychowywania się w małej wsi. Praca kelnerki była więc dla mnie taką małą, szkołą życia. Uważam, że podobną powinna przejść każda młoda osoba.

Reasumując: praca kelnerki miała dla mnie zdecydowanie więcej plusów niż minusów. Nieopodatkowane napiwki, znajomości z ludźmi z całego świata, czy elastyczne godziny pracy to tylko niektóre z zalet tej pracy. Miała jednak jedną poważną wadę - była uwsteczniająca. I uzależniająca. Pomyślcie sobie tylko: mieć 20+ lat i zarabiać 4.000 zł. Miałam świadomość tego, że nigdzie indziej w tym wieku tyle nie zarobię. Z drugiej strony wiedziałam też, że pracując jako kelnerka się nie rozwijam. Owszem - mogłam starać się o to, by awansować i zostać managerką jakiegoś lokalu, ale moje ambicje były inne i nie związane z gastronomią. Kiedy sobie to uświadomiłam, praca kelnerki zaczęła mnie męczyć. Zobaczyłam również, że im dłużej będę się ociągać z decyzją o zmianie pracy, tym trudniej mi będzie z niej zrezygnować (widziałam swoje koleżanki, które nie oparły się tej pokusie i pozostały w tej pracy. Niektóre z nich do dzisiaj są kelnerkami).

I wówczas postanowiłam zrezygnować z pracy jako kelnerka. Zdawałam sobie sprawę z tego, że aby zrobić krok napródz, najpierw będę musiała zrobić krok w tył (przynajmniej, jeśli chodzi o zarobki). Zastanawiałam się nad pracą w Zarze i Douglasie. Odezwały się do mnie obie firmy, ale ostatecznie wybrałam perfumerię Douglas. Pracy w tym miejscu poświęciłam odrębny wpis na blogu: Plusy i minusy pracy w perfumerii Douglas.

Poniżej przedstawiam swoją subiektywna tabelę przedstawiającą plusy i minusy pracy kelnerki. Mam nadzieję, że okaże się dla Was przydatna.

Plusy i minusy pracy kelnerki
+ -
  • dobre napiwki
  •  umowa zlecenie, niska stawka godzinowa
  • znajomości z ludźmi całego świata
  • praca stojąca - bolące nogi i kręgosłup
  • poznanie mnóstwa nowych ludzi
  • podatność na używki (alkohol, narkotyki)
  • nabranie obycia (potrawy, drinki, podawanie, rozmowa itp.)
  • praca do późna, w godzinach nocnych
  • możliwość podszkolenia angielskiego
  • bardzo ograniczone możliwości rozwoju
  • elastyczny grafik
 
  • praca w gronie młodych ludzi
 
  • nabranie asertywności, samodzielność
 

Jeśli macie jakiekolwiek pytania odnośnie pracy kelnerki, piszcie - z chęcią Wam na nie odpowiem. 

  • Twoja ocena:
  • 4.7 (81 głosów)
Podobał Ci się ten artykuł?

Jeśli tak, to zapisz się do mojego newslettera, aby otrzymywać powiadomienia o nowych artykułach o perfumach i nie tylko. Nikomu nie ujawnię Twojego adresu!